Ja z całej płyty lubię tylko Caught Somewhere in the Time i The Loneliness.
Poważnie?
Ja z całej tej płyty jedynie HCW uwazam za słabszy utwór. Chociaz jak już tam sobie leci to dosyć przyjemnie się słucha. Pisałam już chyba gdzieś, że dopiero od momentu "take my hand.." mi się podoba Cały refren 'Heaven Can Waaaaiit', nieco irytujący.
The Loneliness, Wasted Years i Alexander ze znakomitą solówką na czele to według mnie najciekszawsze utwory tego krążka. Kiedyś jeszcze De ja Vu mi nie odpowiadało
_________________ As I walk all my life drifts before me.
Thought the end is near I'm not sorry.
Catch my soul, it's willing to fly away.
Ostatnio zmieniony przez wastedxyears Pon 27 Lip, 09 16:16, w całości zmieniany 1 raz
Bogi [Usunięty]
Wysłany: Pon 20 Lip, 09 16:03
wastedxyears napisał/a:
Ja z całej tej płyty jedynie HCW uwazam za słabszy utwór. Chociaz jak już tam sobie leci to dosyć przyjemnie się słucha. Pisałam już chyba gdzieś, że dopiero od momentu "take my hand.." mi się podoba Cały refren 'Heaven Can Waaaaiit', nieco irytujący.
Właśnie Heaven can wait coraz bardziej mi się podoba.
Ja z całej tej płyty jedynie HCW uwazam za słabszy utwór. Chociaz jak już tam sobie leci to dosyć przyjemnie się słucha. Pisałam już chyba gdzieś, że dopiero od momentu "take my hand.." mi się podoba Cały refren 'Heaven Can Waaaaiit', nieco irytujący.
Właśnie Heaven can wait coraz bardziej mi się podoba.
Chórek jest nieco "serowy", że się tak wyrażę - jeszcze tylko brakuje kryształowej kuli, laserów i żeby wszyscy zaczęli skakać i klaskać...
_________________
איירון מיידן
P: Czym różni się perkusista od cieknącego kranu?
O: Cieknący kran ma poczucie rytmu
(z wywiadu z Nickiem )
Bogi [Usunięty]
Wysłany: Sro 22 Lip, 09 16:07
Witkacy napisał/a:
Chórek jest nieco "serowy", że się tak wyrażę - jeszcze tylko brakuje kryształowej kuli, laserów i żeby wszyscy zaczęli skakać i klaskać...
Witkacy, i o to chodzi!
wastedxyears napisał/a:
Pisałam już chyba gdzieś, że dopiero od momentu "take my hand.." mi się podoba
Od "take my hand" zaczyna się najlepsza część utworu,ale wcześniejsza część i solówka też są niczego sobie.
Według mnie na koncertach Bruce powinien w refrenach tylko jeden raz zaśpiewać "Heaven can wait",a później dopiero "Heaven can wait til another day.".
Przez dwie środkowe linijki powinni powydzierać się fani,tylko i wyłącznie.
[ Dodano: Sro 22 Lip, 09 16:11 ]
Odwołuję to,co napisałem o Alexander the Great. Nadal nie jest według mnie jakimś arcydziełem,ale to bardzo dobry utwór. Ocena 8/10
Chórek jest nieco "serowy", że się tak wyrażę - jeszcze tylko brakuje kryształowej kuli, laserów i żeby wszyscy zaczęli skakać i klaskać...
Wiciu, czyżbyś nigdy nie był na dyskotece? Tam tego typu zaśpiewów nie uświadczysz. Bardziej już te z Can i play with madnesss. Heaven can wait podchodzi pod lubiany przez Ciebie klimat piłkarsko-stadionowy.
Mógłbyś wyjaśnić co rozumiesz pod pojęciem "serowy/serowe"? Określałeś tak również klawisze z Angel and the Gambler, ale przymiotnik ten dalej dla mnie bardzo tajemniczym pozostaje.
Witkacy napisał/a:
i żeby wszyscy zaczęli skakać i klaskać...
Na wielu koncertach ma to miejsce, a na Iron Maiden tym bardziej!
Mógłbyś wyjaśnić co rozumiesz pod pojęciem "serowy/serowe"? Określałeś tak również klawisze z Angel and the Gambler, ale przymiotnik ten dalej dla mnie bardzo tajemniczym pozostaje.
To od angielskiego słowa 'cheesy', które oznacza coś beznadziejnego i jest przy tym bardzo podobne do słowa ser, czyli 'cheese'.
Bogi [Usunięty]
Wysłany: Sro 22 Lip, 09 16:57
wastedxyears napisał/a:
Przecież tak śpiewa Tzn po pierwszym Heaven Can Wait śpiewa, a raczej melodyjnie mówi "Heaven Can..." a potem ludziska waaaaaiit!
Chodzi mi o to,żeby nie było tego melodyjnego mówienia.
Wiek: 21 Dołączył: 11 Mar 2007 Posty: 2413 Skąd: Poznań
Wysłany: Czw 03 Gru, 09 23:51
Iron Maiden - "Somewhere in Time" (1986)
Wyczerpujący, ale ze wszech miar udany „World Slavery Tour” dobiegł końca i muzycy stanęli przed pytaniem: co dalej? Zdawali sobie sprawę, że formuła grania, które reprezentowało sobą Iron Maiden, w pewnym sensie się wyczerpała, czego symptomy chwilami było słychać już na minionej płycie. Ponoć Bruce złożył propozycję nagrania albumu z gitarami akustycznymi, ale pomysł nie przeszedł. Pojawiły się plotki o kryzysie w zespole. Na szczęście Steve zachował się jak na lidera przystało i zebrał wszystko do kupy. Pomoc przyszła ze strony Adriana, który przeforsował wprowadzenie syntezatorów gitarowych i sam skomponował trzy utwory.
Spokojne intro prawie-tytułowego utworu zwiastuje nadejście nowego. Po niespełna minucie spokojny motyw gitarowy przeradza się w istnego killera. W grze słychać zarówno rutynę, dojrzałość, jak i świeżość, która była tak potrzebna. Pojedynek na solówki to już zupełny opad szczęki. Największym hitem z albumu stało się „Wasted Years” i trudno się dziwić. Numer jest bardzo przystępny, okraszony boskim popisem Adriana. Czołówka wśród solówek zespołu, jeśli nie pierwsze miejsce. W początkowych sekundach „Sea of Madness” świetnie słychać bas, którego brzmienie jest znakiem rozpoznawalnym Dziewicy. Po raz kolejny brawa dla Adriana i Dave’a. Idealnym na koncerty hymnem okazało się „Heaven Can Wait” z bardzo śpiewnym „oooh” jako szansą dla fanów na wyjście na scenę. W utworze dużo się dzieje, kilkakrotnie zmienia się tempo, a muzycy dają z siebie wszystko. Czyli jak na Iron Maiden standard. „Loneliness of the Long Distance Runner” nie jest złym utworem, ale posiada trochę męczący refren, poza tym zdaje się trochę przeciągnięty. Potężna sekcja rytmiczna, wkraczają gitary i w ten sposób rozpoczyna się „Stranger in a Strage Land”. Jeden z bardziej niedocenianych kawałków zespołu, a jest po prostu genialny. Jeśli można się do czegoś przyczepić, to do solówki, która jest stanowczo za krótka. Jedyną kompozycją na krążku nie przekraczającą pięciu minut jest ”Deja Vu”. Trochę w stylu openera. Nadszedł czas na będącego ozdobą płyty epika, który nigdy nie został wykonany przez zespół na żywo, co woła o pomstę do nieba. „Alexander the Great” będący kwintesencją stylu wypracowanego przez Iron Maiden na tym krążku. Wszystko jest na swoim miejscu, a solówka za solówką skalpują coraz bardziej.
Muzycy poszli na żywioł, nagrali coś oderwanego od wcześniejszej twórczości i niepowtarzalnego. Niemało jest głosów, że krążek zawiera najlepsze partie gitar w historii zespołu. Oczywiście wydając ten album Iron Maiden było już gwiazdą, której fani kupią wszystko podpisane ukochaną nazwą. Na szczęście nie poszli na łatwiznę i nie zawiedli wielbicieli. Po raz kolejny zabili niemal po całości.
Często się mówi o tej płycie jako o złagodzeniu brzmienia, ja tego kompletnie nie czuję, w podkładzie jest ciągle te same Iron Maiden co zawsze, brzmienie trochę inne niż wcześniej, ale sam charakter kompozycji wg.mnie nie , to ciągle Iron Maiden, a ,że solówki Adriana bardziej wysmakowane przez co płyta ma troszkę inny klimat to jest inna sprawa, podobnie z bardziej melodyjnymi refrenami , no ale nijak można ten album porównać do tego co się działa w II połowie lat 80, do takich płyt jak Turbo Judasów ,1987 Whitesnake czy Hysteria Def Leppard
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Iron Maiden, Steve Harris, Bruce Dickinson, Dave Murray, Janick Gers, Adrian Smith, Nicko McBrain, Music, Muzyka, Heavy Metal, Koncerty, Concerts, Bilety, Tickets, Somewhere Back In Time, A Matter of Life And Death, trasa koncertowa, tour, rozrywka, fun, sztuka, art, rock, metal, guitar, gitara, fender
Strona wygenerowana w 0,6 sekundy. Zapytań do SQL: 15